krzywe zwierciadło rzuca gęsty mrok
a niewidzialna dłoń dotyka zimnych strun
cichy szept kradnie każdy krok
krajobraz traci jakoś swój naturalny pion
zamiast błękitu rośnie ciężki wzrok
gęstnieje wokół niewyraźne szare tło
architektura myśli pęka od wewnątrz
tymczasem obcy kompas rozbija czyste szkło
godziny płyną pod prąd rzeki
a krwawe powietrze opada na krzesło
wilgotny korytarz zaciska ciasny sznur
słowa zmieniają swoje dawne kształty
nawet nadzieja ucieka za wysoki mur
przestrzeń kurczy się bez powodu
a słońce znika pośród twardych chmur
echo powtarza fałszywy złowrogi głos
i każda sekunda waży tonę ołowiu
równowagę niszczy jeden mały włos
aby labirynt nie miał jasnego wyjścia
w końcu ten niewidzialny rozdaje los
pancerz ogrzewa tylko zimna stal
gdzie horyzont ucieka sprzed oczu
a bezpieczny port odpływa w dal
teraz już tylko zegar odmierza głuche tętno
bo w pustym naczyniu kapie żal
przykrywając złote dno
© Artbook

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz