sztuką jest kupić
coś cennego
kiedy wokół wiele
nieuwagi
© Artbook
za dużo w nas przeszłości i przyszłości
odległe miejsca walczą o uwagę
bliższe rozpraszają
a rzeczywistość umiera
dzierżysz władzę
nad codziennością
może zatrzymasz czas
zderzyłem się ze sprzeciwem
natknąłem się na straty
zostawiając spalone mosty
jak uchronić wyobraźnię
i przestać dłubać w martwej skale
otworzę przestrzeń dla życia
naczerpię ze studni
więcej radości
pozostanę na dłużej
tu i teraz
© Artbook
na cmentarzach śpią ptaki
kiedy żyły
podcięto im skrzydła
miały marzenia
głośno śpiewały
w rzeczywstości
wiją złudzenia
sen otula je
niczym labirynt
uprowadza
wrażenia
urywany dźwięk
mętne obrazy
i mgła
co z otchłani czerpie
wszystkie barwy
jak ulotny ptak
© Artbook
zastanawiałem się czym jest czas
podobnie jak ty
kiedy zerkałeś na zegarek
i pytałeś czy jeszcze daleko
z czasem zrozumiałem
ironia to najlepsza podpowiedź
lepsza od aronii
kwaśna jego mać
ta jego obecność
co chwyta za gardło
rozpościera skrzydła
i woła kto następny
żeby tylko
umie nami wstrząsnąć
nie odzywać się
pochować wskazówki
napisać scenariusz
odegrać rolę
pomilczeć
zaśmieje się
kiedy płaczemy
odda na koniec
pierwszy i ostatni
oddech
© Artbook
trudno zapisać mokre kartki
gdzie enigmatyczna jesień
pełna sprzeczności
kreśli szkic
nadchodzących dni
obraz nabiera z czasem
kolorów i nie skąpi
nawet dobrego słowa
niemniej wątpię w nie
na rozdrożu
bez wyjścia
bez sensu
huśtam
ten nastrój
© Artbook
W mroźną marcową noc, gdy gwiazdy wydawały się ostrzejsze niż zwykle, a księżyc spoglądał z niepokojem na zamarzniętą ziemię, wioska na skraju lasu zanurzyła się w ciszy. Powietrze było tak przejrzyste, że każdy oddech zamieniał się w kryształowe obłoki, które unosiły się leniwie i znikały w czerni nieba.
Stary Mateusz, który od lat mieszkał samotnie na skraju wsi, zauważył coś dziwnego. Ślady na śniegu, które pojawiły się znikąd i prowadziły wprost do granicy lasu, gdzie ciemność zdawała się być bardziej namacalna niż kiedykolwiek. Ślady były drobne, jakby należały do dziecka, lecz zbyt głębokie, by mogły być pozostawione przez lekkie stopy.
Zaintrygowany, Mateusz chwycił swoją lampę naftową i ruszył wzdłuż śladów. Gdy zbliżył się do granicy drzew, usłyszał cichy szept, jakby wiatr niósł echo odległych głosów. Lampa zamigotała, a płomień zatańczył niespokojnie.
W głębi lasu coś błysnęło. Mateusz dostrzegł postać, ubraną w cienką, białą suknię, która zdawała się nie odczuwać mrozu. Kobieta stała nieruchomo, spoglądając na niego z miejsca, gdzie ślady się kończyły. Jej twarz była blada jak śnieg, a oczy lśniły nienaturalnym blaskiem.
Mateusz zrobił krok naprzód, ale kobieta cofnęła się w cień drzew. Mimo lęku, starzec podążył za nią, ale im dalej wchodził w las, tym cisza stawała się głębsza, a światło lampy coraz słabsze. W końcu ogień zgasł, a wokół rozciągnęła się ciemność.
Następnego ranka mieszkańcy wioski znaleźli lampę naftową Mateusza na skraju lasu, w miejscu, gdzie ślady znikały bez śladu. Starca nigdy więcej nie widziano, a mroźne marcowe noce od tamtej pory niosły ze sobą niepokojące szepty, które zdawały się wzywać tych, którzy mieli odwagę słuchać.
© Artbook
Deszcz padał cicho, zmywając ostatnie plamy zimy z popękanej drogi. Noc była ciemna, choć niebo przecinały rozmazane światła miasta, niknące w gęstej mgle. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, przesiąknięty czymś nienazwanym – niepokojącym.
Szymon szedł powoli, wsłuchując się w krople uderzające o jego płaszcz. Droga prowadziła przez park, gdzie nagie konary drzew wyciągały ku niemu swe ramiona. Przedwiośnie zawsze niosło coś nieuchwytnego – obietnicę odrodzenia, a jednocześnie cień czegoś, co nie zdążyło odejść.
Przystanął na skraju alei, dostrzegając coś między gałęziami. Ciemna sylwetka stała nieruchomo, ledwie widoczna w gęstej mgle. Nie było słychać kroków, nie było wiatru – tylko echo deszczu odbijające się od kamiennych ścieżek.
– Halo? – zapytał cicho.
Cisza.
Mimo to, miał nieodparte wrażenie, że ktoś go obserwuje. Mgła zaczęła się zagęszczać, zdawało się, jakby oddychała, pulsowała w rytm niewidzialnego serca. Zrobił krok w przód, ale postać zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było.
Gdy dotarł do domu, czuł, że nie jest sam. Drzwi zamknęły się za nim z cichym stuknięciem, ale w powietrzu nadal unosił się ten zapach – zapach wilgoci, przesiąknięty czymś o smaku niepokoju.
Rano znalazł na progu coś, co wyglądało jak zwiędnięty kwiat. Jego płatki były zimne i mokre, a na ich krawędziach lśniły krople deszczu – albo czegoś innego.
Zza okna dochodził śpiew ptaków, zwiastujących wiosnę. Ale on nie był pewien, czy na pewno nadchodziła.
© Artbook
zbieramy całe życie
po trochu
czasami na szczęście
nie szczędząc łez
jakby miało starczyć
do końca
na wiosnę
aby jesienią starczyło
kiedy latem
myślimy
o zimie
zbierają wszyscy
żeby nie było
zbierają starzy
zbierają młodzi
wszyscy inaczej
bywa że za dużo
bywa że za mało
brakuje!
cały czas mało!
powinno być więcej!
tymczasem nie stać już nas...
na gromadzenie straconych...
zasobów
© Artbook
życie od wieków tworzy
pokolenia
nie śpi
rodzi
kolejne marzenia
o lepszym
życiu
na wieki
tymczasem
świat
cierpi
bez
wytchnienia
© Artbook
jak szlachetne bywa zdrowie
ile kosztuje młode dni
ta nieustająca rozrzutność
beztroska żądza
i szczęśliwa nieświadomość
przyszłych chwil
nie nam to wiedzieć
nie nam oceniać
to przeszłość upomni się
o prawa zapisane i złamane
na tablicach młodego serca
co bije nieustannie
i wraca ta melodia
utrwalona pamięcią
że zapis nut życia
mógł brzmieć inaczej
zmiana aranżacji
to nadzieja
na zdrowie
pięciolinii
© Artbook
rozpościera się nad ziemią ciężka mgła
miękka i chłodna niczym pajęczyna w ciszy
światło dnia przenika przez niebo jak cień
a blade słońce ledwie dotyka nagich gałęzi
jakby samo było snem o minionym lecie
liście już bezbarwne i przemokłe
opadają wolno częściej bezszelestnie
pozostając świadkami upływającego czasu
bezwiednie unoszone przez wiatr
nie skarżą się już na swój los
z rąk wytrącona paleta barw
tylko szarość pochłania ulice
doskwiera za murami
wnikając w serce jak deszcz
cicho się sączy melancholia
w domu czasami usłyszymy pieśń
o tym jak deszcz śpiewa w takt
smutku i łez o przemijaniu bez przerwy
o nieuchronnym zapadaniu w sen
© Artbook
niedoskonałości
są jak pęknięcia w szkle
przepuszczają światło inaczej
ale
to nie czyni nas mniej wartościowymi
każda rysa jest tylko
śladem
że żyliśmy i próbowaliśmy
a życie odcisnęło
na nas swoje piętno
nie
jesteśmy przekreśleni przez to co nieidealne
właśnie w tych
miejscach gdzie jesteśmy najdelikatniejsi
znajduje się nasza
siła
to tylko przypomnienie
że jesteśmy ludźmi
i
że nie musimy być doskonali
by być kochani by znaczyć więcej
niż nic
złe
doświadczenia nie są karą
to lekcje pisane na brzegach
naszych dni
nie definiują nas i nie zatrzymają
są jak
burze które oczyszczają niebo
po których słońce świeci
jaśniej
każdy upadek to krok w stronę czegoś większego
kiedy
przechodzimy przez ciemność
to tylko po to by lepiej dostrzec
światło
i choć rany goją się powoli
to z nich
wyrastają nowe początki
a to co przeszliśmy
kształtuje
nas ponieważ stajemy się
silniejsi mądrzejsi i pełni nadziei
wszystko co złe to tylko część historii
ale nie jej koniec
© Artbook
Był październik – czas, kiedy dni stawały się krótsze, a poranki pokrywała delikatna mgiełka. W małej wiosce, otoczonej złocistymi polami i lasami w ciepłych barwach jesieni, mieszkała starsza kobieta o imieniu Zofia, która była znana w okolicy nie tylko ze swojej mądrości, ale także z wyjątkowej cierpliwości i życzliwości. Zawsze gotowa pomóc innym, uczyła dzieci w wiejskiej szkole o niezwykłościach natury i zmianach, jakie niesie każdy sezon.
Pewnego dnia, na początku października, do Zofii przyszedł młody chłopiec o imieniu Franek. Był smutny, bo jego sad pełen jabłoni, który pielęgnował od wiosny, nie wydał takiego plonu, jakiego oczekiwał. „Pracowałem ciężko przez cały rok, podlewałem, przycinałem gałązki, a jabłek prawie nie ma” – żalił się Franek. „Co zrobiłem źle?”
Zofia uśmiechnęła się łagodnie, zaprosiła chłopca do swojego ogrodu, gdzie drzewa, choć stare, wciąż rodziły obfite owoce. „Franku,” powiedziała, „czy wiesz, że październik nie jest tylko końcem sezonu, ale też przygotowaniem do nowego początku?”
Franek zmarszczył brwi. „Ale jak to, skoro drzewa już nie kwitną, a liście opadają? Wydaje się, że wszystko się kończy.”
Zofia wskazała na złote liście opadające z drzew. „Spójrz na te liście. Opadają, aby ziemia mogła się odnowić. Każdy z nich wraca do ziemi, by ją użyźnić i przygotować na nowe życie. W naturze wszystko ma swój czas – czas na wzrost, na odpoczynek i na odrodzenie. Może twoje drzewa potrzebowały teraz odpoczynku, by za rok wydać obfite owoce.”
Chłopiec spojrzał z zastanowieniem na liście unoszące się na wietrze. „Czy to znaczy, że powinienem być cierpliwy?” zapytał.
Zofia skinęła głową. „Tak, cierpliwość to jedna z najważniejszych lekcji, jaką możemy się nauczyć od natury. Czasem, choć wkładamy dużo pracy, nie od razu widzimy jej efekty. Październik przypomina nam, że czas odpoczynku i refleksji jest równie ważny jak czas działania. Przyjdzie wiosna, a twoje drzewa odwdzięczą się za twoją troskę.”
Franek odetchnął z ulgą, czując, że zrozumiał coś bardzo ważnego. Zamiast skupiać się na tym, co nie wyszło, postanowił przyjąć październik jako czas na zastanowienie, odpoczynek i przygotowanie się na nowe możliwości.
Kilka dni później Franek wrócił do swojego sadu. Tym razem nie patrzył z rozczarowaniem na niewielką ilość jabłek. Zbierał je z wdzięcznością, myśląc o tym, że wszystko w przyrodzie ma swój rytm. Uśmiechał się, wiedząc, że praca, którą wykonał, nie poszła na marne – przyniesie owoce, może nawet większe, niż się spodziewał. Październik nauczył go, że każda pora roku niesie swoją mądrość, a cierpliwość jest kluczem do zrozumienia świata wokół nas.
Październik, jak każdy okres w życiu, przypomina o znaczeniu cierpliwości i akceptacji naturalnych cykli. Czas odpoczynku i refleksji jest niezbędny, aby przygotować się na nowe początki. Każda porażka lub trudność to okazja do nauki, a owoce naszych działań często dojrzewają w swoim własnym, odpowiednim czasie.
© Artbook
na
ból,
który wdziera się w ciało
jakby
miał prawo
na cierpienie które osiada w duszy
niczym
cierń nieproszone i niechciane
nie zgadzam się
na
śmierć
która lodem przykrywa gorące serca
bez pytania i
bez zrozumienia
jakby wszystko było jej należne
szukam
odpowiedzi w milczeniu
gdzie nie ma miejsca na taki stan
tam
gdzie życie nie musi żebrać
gdzie każda rana zostaje
uleczona
a śmierć traci swoją ważność
nie zgadzam się
na
ten porządek
na świat w którym cierpienie
jest uznawane
za część istnienia
gdzieś poza tym wszystkim
szukam
spokoju
balsamu
© Artbook
powódź
zalała serce i ziemię
woda wdarła się w każdą przestrzeń
strata w oczach jak ciężkie kamienie
łzy płyną
rzeką nie mając wytchnienia
strach był jak deszcz co
nigdy nie przestaje
cisza po burzy gdy wszystko ustaje
na szczęście!
pomoc
nadchodzi jak ręka w ciemności
wsparcie w słowach w geście
bliskości
nadzieja to słońce choć ledwie widoczne
w
mętnej wodzie światło się skrzy i migocze
zwycięstwo?
czymże
jest gdy wszystko zniknęło
lecz razem w tej walce nowe się
zrodziło
© Artbook
samotność jak cień co w sercu osiada
cisza w jej dłoniach, gdy noc się zakrada
wspomnienia niczym liście na wietrze
unoszą się cicho w myśli przestrzeń
pląsają jak wiatr po polach
prowadzą mnie tam gdzie nie ma już słowa
ziemia pod stopą - ciepła i stała
jest jak przystań co wolność mi dała
chwila oddechu spojrzenie w niebo
gdzie czas się zatrzymał
a ja jestem jego
samotność myśli i ziemskie wspomnienia
tak złudna ta wolność
bez końca
bez imienia
© Artbook
a dwudziesta godzina
przypomina o sztucznym świetle
raniąc oczy
chłodniejszy powiew wiatru
wieczorową porą
zaprasza do szafy
cieplejszych nakryć
gdzieś tam pożółkły liść przemknie
spadnie wczesny kasztan
deszcz w końcu zagości
uzupełni braki
soczyste jabłka
zaczynamy zbierać
delektować się herbatą
oczywiście z nutą nostalgii
za latem
© Artbook